Od wielu lat naukowcy zadawali pytanie – jak to możliwe, że zwierzęta tak świetnie przystosowane do życia w trudnych warunkach w przyrodzie, wyginęły w tak krótkim (w sensie geologicznym) czasie. Powstawało wiele hipotez na ten temat i spekulacji. Dopiero w latach 80’ ubiegłego wieku Państwo Alvarez (ojciec i syn) fizycy i chemicy, znaleźli dowody katastrofy kosmicznej w postaci ogromnych złóż irydu (pierwiastku, który nie występuje naturalnie na naszej planecie albo w znikomych ilościach) na półwyspie Jukatan w Meksyku.
Okazało się, że warstwy te tworzą ogromny krater o średnicy 300 km (większość krateru znajduje się teraz pod wodą). Wyliczono na podstawie głębokości i wielkości krateru, że impaktu dokonała nie kometa, a planetoida o średnicy 10 km, czyli mniej więcej wielkości Manhattanu. Dinozaury nie miały szans zauważyć zbliżającej się na niebie ognistej kuli, gdyż była zbyt duża i zbyt szybka. W ułamku sekundy doszło do impaktu, planetoida wraz z ziemią, w którą uderzyła wyparowała, a pył wzniósł się w atmosferę. Zaczął opadać wraz z metalami ciężkimi pod wpływem grawitacji jako ognisty deszcz, który siał spustoszenie. Wraz z impaktem powstało ogromne tsunamii, wylewając morze wraz z żyjacymi w nim zwierzętami około 500 km w głąb lądu. Uderzenie obudziło superwulkany (których mamy 10 na naszej planecie, najbliższy od nas znajduje się w Niemczech). Nastąpiła „zima nuklearna”, nie było dostępu do promieni słonecznych przez co wymarły rośliny, potem roślinożercy, a na koniec mięsożerne dinozaury. Przetrwali tylko nieliczny, czyli małe ssaki, owady, ale też krokodyle. Ziemia potrzebowała wiele tysięcy lat, żeby się odrodzić po tak wielkiej katastrofie.
Robert Lisiecki